Bez kategorii

Episode #353: Oscarowe nominacje, czyli o tym, że warto otwierać się na różne filmy. [Part 1.]

W tematyce Oscarów można mówić wiele. Niektórzy nawet piszą książki na ten temat ( będę o jednej pisać już niebawem). Ja natomiast, odkąd tylko pamiętam, fascynowałam się nominacjami i samą galą. Swego czasu nawet oglądałam co roku rozdanie tych wyjątkowych nagród. Ale później moje zainteresowanie spadło i gala już nie budziła tak wielkich emocji jak wcześniej.

W tym roku, postanowiłam nadrobić wszystkie nominowane filmy, choć jestem w głębokim szoku, że wśród nominacji nie ma takich dzieł jak „Midsommar” czy „The Lighthouse” ( o których również opowiem w najbliższych wpisach), które bez wątpienia są wydarzeniami kinowymi na miarę tej prestiżowej nagrody.

Dziś jednak, postanowiłam się skupić na dwóch filmach o tematyce wojennej. Nie jest to gatunek, za którym przepadam. Rzadko kiedy oglądam jakiekolwiek filmy o wojnie poza dokumentami. Jednak po obejrzeniu „Dunkierki”, „Przełęczy Ocalonych” i „Kompanii Braci”, spojrzałam zupełnie inaczej na kino wojenne niż wcześniej ( albo po prostu dojrzałam do tego, by tego typu produkcje oglądać).

Tematem tego wpisu będą filmy „1917” Sama Mendesa i „Jojo Rabbit” Taiki Waititi. Zacznę może od tego pierwszego. Opowiada on historię dwójki żołnierzy, którzy zostali wysłani z wiadomością do pobliskiego legionu o odwołaniu ataku na siły wroga. Jest to o tyle istotne, że od tego może zależeć życie kilkuset tysięcy żołnierzy. Dwóch przyjaciół z frontu rusza na tą niebezpieczną misję z nadzieją, że uda im się dotrzeć na czas. Jest to historia oparta na relacji żołnierzy z tamtego okresu.

Dużo czytałam na temat tego filmu, na temat jego „wielkości” jeśli mogę to tak nazwać. Jest to niezwykle poruszająca historia o przyjaźni ponad wszystko, o poświęceniu i o przetrwaniu za wszelką cenę. Jednak dopiero, gdy film się zaczął, w pełni poczułam to, co mieli na myśli recenzenci, pisząc o uczuciu „bycia” w samym środku akcji. Zdjęcia i montaż to po prostu dzieło sztuki. Ogląda się tę produkcję z zapartym tchem, nie raz i nie dwa mając wrażenie, że jest się w samym środku wydarzeń. Nie wiem, jakim cudem udało się zrobić tak doskonały film za pomocą jednego ujęcia. Tutaj chylę czoła przed realizatorami, montażystami i ludźmi odpowiedzialnymi za efekty wizualne, bo to, co się zadziało na ekranie przeszło wszelkie moje oczekiwania. Do tego muzyka, która dodawała dramaturgii całemu dziełu, była piękną wisienką na torcie. Te dwie godziny, które poświęcimy na tę historię miną szybciej niż moglibyśmy się spodziewać. Mogę śmiało powiedzieć, że ten film może równać się kunsztem z „Dunkierką”, która w mojej ocenie była fenomenalna. Jednak nie jest to kino dla wszystkich. Jeśli nie jesteście odporni na drastyczne sceny, to go nie docenicie w pełni. Choć z drugiej strony, jest to film wojenny. To się zdarzyło naprawdę. I miejmy nadzieję, że już nigdy się nie powtórzy.

W moim osobistym odczuciu, ten film na pewno będzie miał Oscara, tylko nie wiem, czy we właściwej kategorii.

„Jojo Rabbit” to film… Dziwny. Kontrowersyjny. Pokraczny, uroczy i cudownie dziecięcy a z drugiej strony obnaża rasizm, ksenofobię, kult Hitlera i nazistów i to, w jaki sposób dzieciom prano mózgi. Taika zrobił coś, co mnie zaskoczyło. A mianowicie opowiedział trudną historię w sposób lekki, czasem zabawny, czasem uroczy a czasem przerażająco smutny.

Bo jest to historia dziesięcioletniego Johannesa (Roman Griffin Davies), którego wymyślonym przyjacielem jest Adolf Hitler(Taika Waititi). Jego największym marzeniem jest dostanie się do osobistej straży Fuhrera i możliwość oddania za niego życia. Wybiera się więc na specjalny obóz wraz ze swoimi przyjaciółmi, gdzie dochodzi do pewnego incydentu ( a nawet dwóch), po których mały Johannes zyskuję przydomek Jojo Rabbit.

Naprawdę ciężko mi jest powiedzieć cokolwiek na temat tego dzieła, poza tym, że chyba nigdy nie widziałam tak dobrze zrobionego filmu, poruszającego tematykę II Wojny Światowej w sposób kontrowersyjny, ale też nie ujmujący w żaden sposób powagi całego konfliktu. A przede wszystkim pokazujący też, że nawet w najbardziej mrocznych czasach, jesteśmy w stanie odnaleźć promyk radości. Aktorsko, to majstersztyk. Nie mam absolutnie nic do zarzucenia nikomu z obsady. I nie wyobrażam sobie, by zrobiono ten film jakkolwiek inaczej. Z niecierpliwością czekam na to, by zobaczyć jak Taika i jego ekipa odbierają Oscara przynajmniej w jednej z kategorii, w których są nominowani. Jeśli tak się nie stanie, stracę cały szacunek do Akademii, jaki mi jeszcze pozostał.

A Wy oglądaliście już któreś z nominacji? A może któryś z powyższych filmów?

Zostawcie swoje opinie w komentarzach.

A tymczasem,

Z filmowym adieu,

Meg.

 

2 myśli na temat “Episode #353: Oscarowe nominacje, czyli o tym, że warto otwierać się na różne filmy. [Part 1.]

  1. Za mną już obejrzane prawie wszystkie nominowane – z tych, które można było obejrzeć w polskich kinach. Zobaczę na pewno jeszcze „Nędzników” bo będą grani niedługo w moim kinie. „Jojo Rabbit” zachwycił mnie całkowicie , ale zdaję sobie sprawę, że nie każdego „bierze” taki sposób robienia filmów, a „1917” wbił mnie w fotel. Szłam na niego myśląc, że dostanę kolejną pochwałę wojny i bohaterskich „naszych chłopców”. Dostałam to co kocham w filmie – emocje. I świetnie jest zrobiony. Zdjęcia to cudo! 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s