Episode #200: Na 200. coś specjanego: Dobro od Wydawnictwa Vesper.

Witajcie!

To już 200. odcinek moich wypocin na temat książek, wydarzeń i takich różnych. Chciałam dać tutaj coś specjalnego, wyjątkowego… Takiego, że wylecielibyście z papuci… Ale moje plany, jak zwykle, skończyły się tylko na planach. Bo iż ależ, stwierdziłam, że lepszą gratką dla Was będą dwa tekst w jednym poście! Takie promo, bo grudzień i w ogóle… Jakoś naszło mnie na prezenty. Zatem bez zbędnego przeciągania, zapraszam Was do lektury mojej opinii o dwóch książkach, które porwą Was do niezwykle ciekawych światów. Gotowi na przygodę? To zapraszam!

bglidoopmphpakfi

 Autor: Alan Bradley.
Tytuł : ” Flawia DeLuce. Zatrute ciasteczko”.
Wydawnictwo: Vesper.
Liczba stron: 365.
Początek lata w sennej angielskiej wiosce Bishop’s Lacey zapowiada się dość monotonnie. W wielkim domu Buckshaw ambitna młoda odkrywczyni Flawia de Luce przeprowadza eksperymenty chemiczne w laboratorium odziedziczonym po ekscentrycznym wuju. Pracuje nad truciznami. Pewnego ranka na grządce z ogórkami odkrywa zwłoki. Zostawia probówki i palniki Bunsena i postanawia rozwiązać osobiście kryminalną zagadkę, ku utrapieniu miejscowej policji. Ale czyż można ją winić? Czy jedenastoletnie cudowne dziecko ma inny wybór? Tym bardziej, że zostawione jest samo sobie i zmaga się z jawną wrogością sióstr i obojętnością owdowiałego ojca, którego całym światem jest kolekcja znaczków.
Alan Bradley po mistrzowsku wręcz przedstawił losy zaradnej, upartej i bezkompromisowej Flawii, która swoim intelektem mogłaby zawstydzić nie jednego dorosłego. Cudowny, typowo angielski humor i klimat powieści rodem ze starych kryminałów, sprawiło, że czytanie tej historii sprawiło mi niezwykłą radość. Dawno nie spotkałam się z tak dobrze uformowaną bohaterką, z fabułą, która ani na chwilę nie zwalnia tępa i przede wszystkim został zachowany duch angielskich powieści kryminalnych, co w dzisiejszych czasach, jest niemal wymarłym trendem. Bardzo się cieszę, że mogłam „poznać” Flawię. Chyba się zaprzyjaźnimy. Choć miejscami mnie irytowała i miałam wrażenie, że robi wszystko tylko dlatego, że jest to na przekór innym. Ale to też miało swój urok.
Flawia mnie kupiła i już nie mogę się doczekać,  aż sięgnę po kolejną część tej niezwykłej serii. Nie mogę też nie wspomnieć o pięknej oprawie graficznej, która nadała klimat i zachęciła mnie do sięgnięcia po tę książkę. Może nie do końca oddaje ona jej klimat, ale ma „to coś”, co mnie kupiło.
Na-południe-od-Brazos-1
Autor: Larry McMurtry.
Tytuł : „Na południe od Brazos”
Wydawnictwo: Vesper.
Liczba stron: 861.
Na południe od Brazos, gdzieś na granicy Meksyku i Teksasu dwaj weterani próbują wieść spokojne życie. Spieczone słońcem Lonesome Dove, wydaje się być najgorszym z możliwych miejsc, pełnie jadowitych chrząszczy czy trujących stonóg. Gdzie melonika używa się za popielniczkę a pianino z saloonu wypożyczane jest na niedzielne msze. I tu widzimy grupę bohaterów: Milczącego Calla, który poświęca swe życie pracy, gadatliwy Gus, rozprawiający o sensie życia, młody Newt, szukający akceptacji i piękna Lorena, marząca o San Francisco. Jedno zdarzenie, wiele mil dalej, zmieni życie każdego z nich. Wyprawa z bydłem do dziewiczych pastwisk Montany dla jednych może być szansą, a dla innych podróżą tylko w jedną stronę.
Gdy pierwszy raz usłyszałam o tym, że wydawnictwo Vesper zamierza wydać tę niezwykłą powieść, stwierdziłam, że biorę w ciemno! I nie zawiodłam się. Dawno nie czytałam tak dobrej historii, opowiedzianej w bardzo gawędziarski sposób. Mimo długich opisów, czasem przegadanych scen i spowalniania akcji, książka wciąga. Jesteśmy w XIX wieku a nie w XXI. Tutaj czas i życie płynie wolniej a wszystko wokół jest dzikie i nieokiełznane. Historia przeprawy z jednego końca ogromnego państwa na drugi za poszukiwaniem nowych pastwisk, sprawia, że miano kowboja nabiera nowego znaczenia. Byli to ludzie niezwykle wytrwali i posiadający ideały, które nie pozwalały im na pewne zachowania, które w naszej rzeczywistości są „normalne”.
Sama powieść wciąga i mimo swoich gabarytów ( ponad 800 stron), to czyta się ją z niekrytą przyjemnością. Jednak poza walorami literackimi, warto też zwrócić uwagę na załączone na końcu mapy i zdjęcia, które odzwierciedlają klimat tej historii a posłowie, napisane przez Michała Stanka, przybliża nam nieco gatunek, jakim jest western, skąd wzięły się miejsca w nim opisane a także jaki rys historyczny jest pozostawiony w tej fabule. No i nie mogę nie wspomnieć o przepięknej oprawie graficznej, która sprawia, że książka jest też idealnym prezentem.
„Na południe od Brazos” to książka, którą warto przeczytać i mieć w swojej kolekcji. Ma w sobie wiele mądrych przesłań ale i pokazuje, że można pisać długo i nie zanudzić czytelnika w połowie opowieści.
Z czytelniczym adieu,
Meg.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s